Wieczne pogranicza
"Obrazy Jana Lebensteina zobaczyłem po raz pierwszy pod koniec lat pięćdziesiątych w małej galerii neapolitańskiej, na wystawie młodych malarzy polskich obmytych z socrealistycznych brudów. Nie znałem wtedy nawet jego nazwiska. Uderzyły mnie w nim - wśród jego rówieśników polujących na mniej czy więcej pomysłową abstrakcyjkę, albo tradycyjnie przeżuwających martwe nat
...
urki bądź pejzażyki - dwie rzeczy: dojrzałość kolorystyczna i powaga zamiaru artystycznego. W jego ówczesnych "figurach osiowych" nie było za grosz dekoracyjnego efekciarstwa. Przedziera! się uporczywie ku jakiejś swojej wizji, czuło się natychmiast, że jego "figury osiowe" mają mu służyć do zobaczenia struktury otaczającej go rzeczywistości, choćby w sposób fragmentaryczny i jeszcze ułomny. Oś jest synonimem sztywnej linii kompozycyjnej.
Minęło sporo lat, poznałem Lebensteina w Paryżu, zaprzyjaźniliśmy się szybko, pod koniec każdego pobytu w "Kulturze" wybierałem się do jego pracowni, żeby posiedzieć w milczeniu przed jego nowymi płótnami, gwaszami, rysunkami, chodziliśmy czasem na ciekawe wystawy paryskie, nie gardziliśmy wódką, która ma (a raczej miała) właściwości rozwiązywania języka temu malarskiemu milczkowi, lub, co najwyżej mrukowi, nagraliśmy cudem rozmowę dla telewizji warszawskiej, raz nawet przyjechał do mnie do Włoch - słowem łączące nas więzy zacieśniały się coraz mocniej. Podziwiałem stały i nieprzerwany rozwój jego wielkiego talentu. Oglądałem jego dojrzalsze wciąż obrazy, podczas wieczorów autorskich w kaplicy księży palotynów wpatrywałem się częściej w jego witraże Apokalipsy niż w znakomitych gości za prelegenckim stolikiem, zdumiewały mnie jego wspaniałe ilustracje do Księgi Hioba i Apokalipsy w przekładzie Miłosza, a potem do Folwarku zwierzęcego Orwella i do kilku moich opowiadań. I nieustannie zastanawiałem się, co jest istotą jego niezwykłej, niekiedy zachwycającej sztuki. Zachwycającej nic dla wszystkich, o tym wiem dobrze. Dla wielu trudnej do przyjęcia, jeśli nic wręcz odstręczającej.
Myślę, że zbliżyłem się trochę do tej istoty, uważając Lebensteina za malarza wiecznego pogranicza. Pogranicza bestiarium i (że się tak wyrażę) humanitarinm, jakby zgłębiał sekrety pochodzenia i transformacji gatunków. Pogranicza szpetoty i urody, a czasem nawet pogranicza zamazywanych celowo płci. Pogranicza konwencjonalnej słodyczy i realistycznego szyderstwa. Pogranicza widzialnego krajobrazu i prastarych warstw czy złóż, które go ukształtowały. Krótko mówiąc, Lebenstein jest dla mnie malarzem ledwie uchwytnej wieloznaczności świata w którym żyjemy. Drugą cechą jego malarstwa jest silne poczucie pra, o czym już napomknąłem w zdaniu o prastarych złożach krajobrazu. Pamiętam jego wizytę u mnie w Dragonci koło Salerno. Zaprowadziłem go do osobliwego okolicznego ustronia, gdzie ogromne i wysokie skały z zarysowanymi wyraźnie warstwami od stóp do szczytów robią wrażenie odsłoniętych naraz po odpływie potopu biblijnego. Natychmiast sięgnął po szkicownik i trudno było zaciągnąć go z powrotem do domu. W kilka miesięcy później, w jego paryskiej pracowni odnalazłem te skały obok skał na gwaszach z Wielkiego Kanionu amerykańskiego. Przeniknęły też po części, w drodze refleksu, do ilustracji ksiąg biblijnych tłumaczonych przez Miłosza. Pociąg do pra, do początków, do źródeł spokrewnią trochę - proszę się nie dziwić - Lebensteina z poezją Leśmiana, z jego tęsknotą do ujrzenia czystej prazieleni, "zieleni samej w sobie". "Gdyby kwiat- pisał Leśmian w Traktacie o poezji - potrafił w słowach trafnych i odpowiednich na byle jakim liściu notować swój rozwój rytmicznie stopniowy od chwili, kiedy zapragnął być kwiatem, aż do chwili, kiedy się nim stał - ta jego drobna notatka byłaby cudownym utworem poetyckim".
Na zakończenie sugestia dla mojego przyjaciela Lebensteina. Nie powstała dzisiaj, jakkolwiek dzisiaj dopiero wydobywam ją z myśli zatajonych, niewypowiedzianych nigdy na głos. Przed laty w londyńskiej Tate Gallery spędziłem dużo czasu przed słynnym cyklem Williama Hogartha A Rake's Progress - Żywot hulaki czy rozpustnika. I to osiemnastowieczne arcydzieło narracji malarskiej nasunęło mi pytanie, czy nie mógłby popróbować swoich sił jako malarski narrator także Jan Lebenstein, autor pięknych płócien i gwaszów Sweety Bar, Strasbourg St. Denis, Image double. Niech, naśladując Hogartha, namaluje na przykład cykl Żywot narkomana, w którym obraz rzeczywistej ziemi piekielnej i narkotycznych snów o sztucznych rajach miałby w sobie coś nostalgicznego i kryptoreligijnego".
Gustaw Herling-Grudziński
Neapol, kwiecień 1994
[cyt. za: Herling-Grudziński G., Wieczne Pogranicza, w: "Nowe Książki" 1995, nr 12]