Fijałkowski, Gierowski, Sempoliński
Trzy wielkie nazwiska sygnujące twórczość trzech mistrzów polskiego malarstwa. Trzy zupełnie odmienne indywidualności, trzy odmienne światy wyobraźni, koncepcji sztuki, rozwiązywania problemów warsztatowych. Zestawienie ich najnowszych dzieł na jednej wystawie, przy spodziewanych i natychmiast zauważalnych różnicach, prowokuje jednak do szukania nie tyle podobieństw,
...
co głębszych między nimi powiązań.
Wydaje się, że można wskazać na kilka takich wspólnych obszarów.
Po pierwsze - to stosunek do malarstwa. Głębokie przekonanie, że na kawałku płótna pokrytym farbami ułożonymi w określonym porządku [ przywołując definicję Maurice' a Denis z przed ponad stu lat] można wypowiedzieć to, czego innymi środkami wyjawić się nie da. Że malarstwo to sprawa najpoważniejsza, organizująca życie artysty, nadająca mu sens, wymagająca najwyższego wysiłku. Że nie może być w nim miejsca na jakąkolwiek taryfę ulgową, epatowania pustymi efektami a źle płożona plama barwna to grzech śmiertelny. Że to teren rozrachunku ze światem, miejsce stawiania istotnych pytań i dialogu z sobą samym.
Po drugie - a wynika to bezpośrednio z powyższego - ich twórczość jest i była niemal od początku odporna na mody. Urodzeni w tej samej dekadzie lat dwudziestych XX wieku - Fijałkowski na początku, Gierowski w środku, a Sempoliński pod koniec tego dziesięciolecia - świadomie przeżyli wojnę, z jej traumy wchodzili w sztukę szukając własnego miejsca w zamęcie pierwszych powojennych lat. Stosunkowo wcześnie określili zakres swoich zainteresowań. Śledzili coraz szybsze w drugiej połowie XX wieku przyśpieszenie przemian artystycznych, którego najpierw nie byli zapewne w pełni świadomi wskutek odizolowania kraju od zachodniego świata, a póżniej na tyle już pewni własnej drogi, że korzystali bardzo wybiórczo z nowych doświadczeń sztuki. [ Jedynie Fijałkowski zafascynował się możliwościami grafiki komputerowej ale wyłącznie jako wygodnego narzędzia ]. Terenem ich zmagań artystycznych pozostawała płaszczyzna płótna i kartki papieru, na której czuli się naprawdę wolni - co w kraju o niepełnej suwerenności i cenzury miało ogromne znaczenie. Nie ścigali się z nowinkami, co nie znaczy, że ich sztuka nie ulegała ewolucji. Zmieniała się zgodnie z ich przeżyciami, przemyśleniami, odkryciami, odpowiedziami na pytania, które przynosił czas - zawsze w Polsce niespokojny, często nasycony emocjami o porażającym napięciu. Uczestniczyli w manifestacjach kultury niezależnej lat 8o-tych nie zmieniając charakteru swojej sztuki.
Po trzecie - łączy ich poważny wiek. Historia sztuki zna wiele przykładów wybitnych dzieł artystów pochodzących z późnego okresu ich życia. Pisał o tym Jacek Sempoliński powołując się zarówno na przemyślenia innych artystów i teoretyków, jak i na swoje własne. Zauważał, że artysta doszedłszy w wieku dojrzałym do mistrzostwa może w pewnym momencie "rozwalić otaczający go płot czy mur własnych ograniczeń" i wypowiadać się z pełną swobodą nie czując się zobowiązanym do wykreowania dzieła doskonałego. Osiągnąć inną doskonałość?
Każdy artysta czyni to na własny sposób.
Stanisław Fijałkowski już od kilku lat dokonuje specyficznej operacji na własnych pracach, a ściślej przetwarza towarzyszące mu od lat motywy i tematy. W najnowszych obrazach zdaje się iść krok dalej; to już nie sublimowanie całych kompozycji ale wyselekcjonowanych ich fragmentów. Form pojedynczych, pozornie prostych a naprawdę nieskończenie skomplikowanych, wyrafinowanych w swych kształtach i wymykających się opisowi delikatnych błękitach, szarościach, czerniach bytujących w charakterystycznej niemal białej powierzchni płótna. Niekiedy artysta pozostawia ślady procesu twórczego, uporczywego dochodzenia do optymalnej formy, nie do końca ścierając linie rysunku. Jego decyzja jest ostateczna - otwiera jednak drogi dla wyobraźni prowokując pytania o relatywność wyboru, o potencjalne możliwości tkwiące w kresce i jej relacjach z płaszczyzną. Jak przed laty, w okresie ostrego sporu między abstrakcją i figuracją zatarł między nimi granice unaoczniając ich relatywność - tak teraz w pewnym sensie likwiduje rozróżnienie między rysunkiem i malarstwem sprowadzając je tylko do podłoża - papieru lub płótna.
W podobnym kierunku zdają się iść poszukiwania Jacka Sempolińskiego. Nie bez powodu pokazuje bowiem prace na płótnie i na papierze pod wspólnym tytułem" Utajona krew" i wspólnym, skrajnie minimalistycznym gestem malarskim. Tylko jedna z nich ma niewielkie, jak gdyby zawęźlone skupieniem faktury, jądro - gęste, ciemne z przebłyskami czerwieni, mogące kojarzyć się z cyklem "Ukrzyżowań". Następne to malejące plamy materii a dalej to już biegi kresek niekiedy splątanych, częściej to jedna linia, czarna z zaznaczonym śladem czerwieni, czasem fioletu. Biała zagruntowana płaszczyzna płótna i biel powierzchni papieru stają się tutaj równorzędnym partnerem gry wizualnej, kierują uwagę ku nieskończoności , której nie można zapełnić ani zinterpretować. Można jedynie coś na niej zaznaczyć, coś zasugerować, skłonić do koncentracji uwagi. Tylko tyle i aż tyle.
A pośrodku Stefan Gierowski. Jego obrazy to rozkosz dla oka i serca, bujność bliska natury, pochwała koloru i blasku. Żywa, drgająca tkanka barwna zbudowana z setek niewielkich grudek farby kilku kolorów zagęszczających się ku centrum obrazu [ z wyjątkiem jednego równomiernie wypełnionego], i rozrzedzających się ku obrzeżom aż do zupełnie gładkiego , nie ukrywającego splotu płótna, położenia plamy barwnej
Tworzy to dyskretną przestrzenność kompozycji emanującej własnym światłem z głębi malarskiej materii i napięcie bardziej wyczuwalne niż zauważalne. Nie ma w tych obrazach żadnej dekoracyjności - one po prostu nie wstydzą się swojego piękna.
Wiesława Wierzchowska
|