Magiczne kręgi
"Światło w przestrzeni, jako światło, ale też jako kolor, zajmowało Fangora już w latach pięćdziesiątych na tyle, że obok obrazów, gdzie wciąż obecny pozostawał wątek figuralny, powstawały także obrazy bezprzedmiotowe, poświęcone wyłącznie temu zagadnieniu. Już też z 1956 r. pochodzą pierwsze płótna z formami abstrakcyjnymi o zatartych konturach, jakby otoczonymi warstwą
...
mgły. Rozważania nad problemem światła, emanującego z przestrzeni, prowadziły artystę do różnych rozwiązań.
Szczególnie interesujący przykład - ze względu na to, że analogiczne prace można u innych artystów odnaleźć, co najmniej dziesięć lat później - stanowi obraz Fangora z 1957 r. (60 x 48 cm) z pionowo ustawioną pośrodku prostokąta płótna trójwymiarową, jajowatą formą z lewej strony silnie, do białości oświetloną, gdy prawa jej strona tonie w mroku szarości, zagęszczającej się aż do czerni. Tło założone zostało przeciwstawnie: po lewej, oświetlonej stronie formy - ciemne, rozjaśnia się po jej prawej stronie do rozbielonego, bladoniebieskiego koloru. W ten sposób spotęgowane zostaje odczucie trójwymiarowości owalnej bryły i głębi przestrzeni, w której została zawieszona. Nieprzypadkowo też żółtooranżowa ramka zamyka kompozycję barwą, do błękitnej, dopełniającą.
Mimo tych już wyraźnie ukierunkowanych poszukiwań, tworzył artysta równolegle obrazy, gdzie na tle bezprzedmiotowych, nieostrych, mgłą jakby owianych form barwnych, umieszczał zarysy postaci, twarzy, rąk. I trzeba było przypadku, widocznie szczególnego, nagłego wyostrzenia wrażliwości doznań, że któregoś, wspomnianego już dnia 1957 r., gdy wszedł do pracowni, zastawionej schnącymi płótnami z podmalówką tła, spostrzegł, że zdają się one przemieniać przestrzeń, która dzieli oczy patrzącego od powierzchni obrazu. Barwne kształty o niesprecyzowanych, mgławicowych konturach, zdawały się odrywać od płaszczyzny płótna i unosić w kierunku źrenic widza. Złudzenie to było tak silne, tak sugestywne, że Fangor zaprzestał uzupełniania płócien elementami figuratywnymi. Poddał się magii niezwykłej ułudy i zaczął w tym kierunku dalej eksperymentować. Wiedział już wtedy, że dokonał ważnego, odkrycia, które nazwał "pozytywną przestrzenią iluzyjną". Jednak ze wszystkich uwarunkowań odkrytego zjawiska i jego implikacji zdał sobie sprawę znacznie później (...).
Początkowo płótna artysty stanowią konsekwentny ciąg dalszy tych, które budowały dynamikę i napięcia Studium przestrzeni. Każdy z tych nowych obrazów eksperymentalnych z osobna miał także dużą siłę przyciągania i niepokojenia. Wszystkie formy otoczone były aureolami sfumato, przechodząc od swojej właściwej barwy do, najczęściej neutralnego, koloru tła. Fangor zdaje się w owych czterech czy pięciu latach po roku 1957 poszukiwać najtrafniejszej formy dla zastosowania swego odkrycia. Cieszy go złudny ruch, wywoływany trudnościami akomodacyjnymi oczu, na próżno usiłujących wydobyć skonkretyzowany kształt z jego zamglonych zarysów. Cieszy go przywidzenie pulsowania obrzeży form, zbliżania się ich i oddalania, niemożność koncentracji wzroku. Zjawisko urojonej pulsacji skłania do użycia kształtów obłych i form falistych, by sprawdzić, jak iluzja oczu nakładać się będzie na zbliżone do złudnych, rzeczywiste formy malarskie. W swoich poszukiwaniach stosuje kształty różnorodne: trójkąty, usytuowane w narożach prostokątnego płótna; smugi, płynące przez środek obrazu; podziały po przekątnych; owale; półkola; łukiem biegnące pasma; kwadraty, a niekiedy bardziej skomplikowane i trudne do nazwania formy. Jednocześnie prowadzi twórca doświadczenia z barwami, sprawdzając w praktyce, które z nich mają najintensywniejszą emanację i wywołują najsilniejsze doznania iluzyjne. Dużo miejsca w tych poszukiwaniach czerń, czerwień i błękit.
W tych też latach wprowadził Fangor do swej palety swoisty pointylizm. Malował obrazy pokryte punktami, wypukłymi śladami krótkich uderzeń pędzla w jednym lub więcej nakładanych na siebie kolorach. Zazwyczaj w jego obrazach "pointylistycznych" występowała forma geometryczna, jak kształt owalu, czy regularne smugi, rozpraszane, przesłaniane czy zamazywane gęstą siecią dwubarwnych najczęściej punktów. Ich przenikanie się ze sobą i kolorem podłoża, tworzyła także złudne doznania przesuwania się nad sobą kilku warstw-klisz barwnych w przestrzeni. Taka też była główna intencja artysty (...).
Koła artysty były nieustającym, wielostronnym eksperymentem. Przede wszystkim w sposób najcelniejszy wykorzystywały Fangorowe odkrycie "iluzyjnej przestrzeni pozytywnej". Sprawdzał w nich twórca wciąż w nowy sposób efekty działania jaskrawości czy stonowania kolorów w ich zestawieniach, nasycenia i stopnia jasności barw, wielkości kręgów, większej i mniejszej szerokości jej pasm oraz ich zagęszczenia lub ascetycznej oszczędności i dyskrecji wyrazu. Stosował też artysta w tych obrazach wszelkie znane z teorii barw kontrasty zwłaszcza zaś kontrasty kolorów występujących i wstępujących, a także zjawiska powidoków Jednak nie dzięki tym kalkulacjom i wiedzy artysty, świadomego wszelkich problemów teoretycznych malarstwa i fizjologii widzenia te jego obrazy z kręgami są tak urzekające, tak piękne. Jak zresztą często podkreśla Fangor, zawsze wolał on improwizację niż ekierkę i cyrkiel Także więc i te obrazy po części jedynie są sprawdzianem i eksperymentalnym użytkowanie znanych praw; po większej części tworzone były pod dyktat intuicji i doznań emocjonalnych (...). Obrazy Fangora z kręgami są niewyobrażalnie świetliste. Ich promieniowanie niemal oślep widza, przyciąga wzrok magnetycznie, a gdy się w nie dłużej wpatrywać - wirują, pulsują, I sną i kurczą się złudnie. Odrywająca się od podłoża obrazu tarcza barwno-świetlna zmierza oczom patrzącego, a jednocześnie krąg, rozrastający się w wirowym ruchu odśrodkowym i di środkowym zdaje się zdążać do wypełnienia sobą całego tła: pustego pola centrum kompozycji i jej obrzeży. Kiedy indziej, węższy krąg tylko wiruje i unosi się z obrazu, jakby szykując się do odlotu. Jest w tych płótnach, malowanych z niebywałą wrażliwością i pietyzmem, tradycyjną techniką - pędzlem i farbami olejnymi - tyle blasku, tyle harmonii, a niekiedy dźwięcznych dysonansów, tyle niespotykanej energii, że trudno je z czymkolwiek porównać. Fascynacji ocz i tą drogą doznanych wzruszeń nie sposób opisać (...).
[cyt. za: Kowalska B., Fangor - Malarz Przestrzeni, WAF, PWN, Warszawa 2001]