![]() |
|
Sztuka cenniejsza niż złoto: 2011-12-09 - 2012-01-04
Ze względu na duże zainteresowanie publiczności wystawa zostaje przedłużona do 12 stycznia br. Zapraszamy!
Galeria Art NEW media zaprasza na wystawę "Sztuka cenniejsza niż złoto. 21 najdroższych malarzy w Polsce", która powstała na podstawie notowań aukcyjnych w Polsce. Specjalnie w tym celu Galeria stworzyła ranking najdroższych polskich malarzy współczesnych. Wystawa nie ma za zadanie komentować, a w sposób możliwie obiektywny odzwierciedlić tendencje na rodzimym rynku sztuki. W zasadzie jest to pierwsza wystawa, której kuratorem jest sam rynek. Wystawę "Sztuka cenniejsza niż złoto" można oglądać od 9 grudnia br. do 4 stycznia 2012 roku.
Sztuka cenniejsza niż złoto [1]
Wystawa powstała na podstawie rankingu najdroższych na polskim rynku współczesnych malarzy. Uwielbiamy wszelkiego rodzaju rankingi. Ten jest dość oczywisty, a kryteria proste: malarze współcześni, których dzieła osiągnęły najwyższe ceny sprzedaży w polskich domach aukcyjnych w ciągu dwóch ostatnich lat. Jest ich 21, ponieważ prace trzech osiągnęły takie same ceny. Jako współczesne uznaliśmy dzieła powstałe po 1950 roku stworzone przez artystów urodzonych po 1900 roku. Wyjątek stanowi Henryk Stażewski, który co prawda urodził się w 1894, ale trudno byłoby artystę, który uważany jest za ducha polskiej awangardy nie uznać za współczesnego. Ceny sprzedaży na aukcjach (czyli podczas licytacji odbywających się "na żywo" w określonym miejscu i czasie, bo taka definicja aukcji wynika z polskiego kodeksu cywilnego) są jedynymi publicznie znanymi cenami na rynku sztuki, dlatego przy wszelkich zestawieniach tego rodzaju tylko tym narzędziem można się posłużyć.
Nie odkrywamy niczego nowego. Sztuka zawsze była czymś kosztownym, czymś budzącym pożądanie, a jej wartość artystyczna przekładała się na wartość materialną. Stąd też tytuł wystawy Sztuka cenniejsza niż złoto, skrócona inskrypcja ze średniowiecznego ołtarza, tak często cytowana jest przy różnych okazjach.
Po co robić taką wystawę? Odzwierciedla ona w pewien sposób nasze gusty, tym bardziej, że w tym przypadku pokazanie, co nam się podoba poparte jest niemałym wydatkiem. Zdecydowana większość spośród tych artystów to klasycy, których dzieła obecne są od dawna w najbardziej znaczących polskich muzeach i pokazywane były na ważnych wystawach (od tej zasady najwyraźniej odbiega obecność w rankingu Jacka Yerki, którego prac nie zobaczymy w żadnym chyba muzeum). Wszyscy artyści, którzy pojawili się w rankingu to twórcy o bardzo ugruntowanej już pozycji, najmłodszy z nich ma 54 lata, piętnastu to artyści nieżyjący. Czy oznacza to zatem, że gusty kolekcjonerów są zachowawcze, a także zgodne ze zdaniem muzealnych specjalistów i krytyków? Czy jest dowodem na to, że wysokie ceny mogą osiągać tylko prace artystów, których zdobyli już swoje miejsce w historii sztuki i które wyróżniają się także wartością artystyczną?
Drugi ciekawy wniosek to finansowa strona polskiego rynku sztuki współczesnej. Najwyższa notowana w nim cena to 470.000 zł, czyli cena luksusowego samochodu, ale żeby w rankingu się znaleźć wystarczyła praca sprzedana za 60.000 zł. Dla porównania: tryptyk z 1976 roku Francisa Bacona na aukcji w Sotheby's w Nowym Jorku w 2008 roku wylicytowano za blisko 50 milionów euro. Rekordowa cena za dzieło polskiego artysty to ponad 770.000 euro za tryptyk obrazów Romana Opałki z cyklu OPALKA 1965/1 -∞, wylicytowana w 2010 roku w londyńskim Sotheby's. To mniej więcej tyle samo, co suma wszystkich cen z naszego rankingu. Czy to oznacza, że Polacy nie chcą kupować sztuki? Bo brak pieniędzy nie jest tu wystarczającym wytłumaczeniem, skoro cena tylko jednego obrazu w tym rankingu przekroczyła 400.000 zł, za to po polskich drogach jeździ mnóstwo samochodów o podobnej wartości. Podobnej przynajmniej w chwili zakupu, bo ta wartość szybko spada, w przeciwieństwie do wartości dzieł sztuki. Oczywiście pod warunkiem, że wiemy co i za ile kupić.
[1] Parafraza napisu na ołtarzu Henryka z Blois, biskupa Winchester, pochodząca z ok. 1150 roku.
Wystawa "Sztuka cenniejsza niż złoto"
Galeria Art NEW media
9 grudnia 2011 - 4 stycznia 2012
Artyści:
Stefan Gierowski, Andrzej Wróblewski, Tadeusz Kantor, Jerzy Nowosielski, Wojciech Fangor, Henryk Stażewski, Kazimierz Mikulski, Jan Tarasin, Jerzy Tchórzewski, Teresa Pągowska, Leon Tarasewicz, Roman Opałka, Bronisław Kierzkowski, Jerzy Duda-Gracz, Jan Lebenstein, Zdzisław Beksiński, Stanisław Fijałkowski, Marian Bogusz, Jacek Yerka, Włodzimierz Pawlak, Adam Marczyński
| lp.
|
imię i Nazwisko
|
tytuł
|
Data, technika
|
Dom aukcyjny
|
cena
|
| 1
|
Stefan Gierowski
|
Obraz XCIII
|
1960, olej na płótnie
|
Rempex, 28.01.2009
|
470.000
|
| 2
|
Andrzej Wróblewski
|
Garbuska - Garbata we wnętrzu
|
1955, olej na płótnie
|
Rempex, 25.08.2010
|
390.000
|
| 3
|
Tadeusz Kantor
|
Zostałem porwany przez dziewczynę
|
1988, akryl na płótnie
|
Polswiss Art, 4.10.2009
|
335.000
|
| 4
|
Jerzy Nowosielski
|
Porwanie Europy
|
1976, olej na płótnie
|
Polswiss Art, 12.12.2010
|
295.000
|
| 5
|
Wojciech Fangor
|
M53
|
1968, olej na płótnie
|
Polswiss Art, 12.12.2010
|
232.000
|
| 6
|
Henryk Stażewski
|
bez tytułu (relief)
|
1963, technika własna
|
Rempex, 25.02.2009
|
180.000
|
| 7
|
Kazimierz Mikulski
|
Pięknie zaczyna się dzień
|
1983, olej na płótnie
|
Agra-Art, 6.12.2009
|
138.000
|
| 8
|
Jan Tarasin
|
Przedmioty III
|
1965, olej na płótnie
|
Rempex, 25.03.2009
|
120.000
|
| 9
|
Jerzy Tchórzewski
|
Syn
|
1958, olej na płótnie
|
Polswiss Art, 4.10.2010
|
120.000
|
| 10
|
Teresa Pągowska
|
Kolumny z cyklu Figury magiczne
|
b.d., olej na płótnie
|
Polswiss Art, 23.05.2010
|
100.000
|
| 11
|
Leon Tarasewicz
|
bez tytułu
|
1988, olej na płótnie
|
Polswiss Art, 12.12.2010
|
98.000
|
| 12
|
Roman Opałka
|
Kartka z podróży z cyklu OPALKA 1965/1 -∞
|
b.d., tusz na papierze
|
Desa Unicum, 16.12.2010
|
95.000
|
| 13
|
Bronisław Kierzkowski
|
Kompozycja nr 402
|
1959, technika własna
|
Rempex, 25.03.2009
|
85.000
|
| 14
|
Jerzy Duda-Gracz
|
Autoportret z rodziną
|
1978-1979, olej na płótnie
|
Polswiss Art, 12.12.2010
|
80.000
|
| 15
|
Zdzisław Beksiński
|
bez tytułu
|
1972, olej na płycie
|
Agra-Art, 5.12.2010
|
76.000
|
| 16
|
Jan Lebenstein
|
Casbah
|
1971, olej na płótnie
|
Agra-Art, 6.12.2009
|
74.000
|
| 17
|
Stanisław Fijałkowski
|
14 XII 93
|
1993, olej na płótnie
|
Desa Unicum, 25.02.2010
|
65.000
|
| 18
|
Marian Bogusz
|
Podzielony
|
1961, olej na płótnie
|
Polswiss Art., 28.02.2010
|
61.000
|
| 19
|
Adam Marczyński
|
R.K. 1 Zmienne
|
1965, technika własna
|
Rempex, 25.03.2009
|
60.000
|
| 20
|
Włodzimierz Pawlak
|
Słyszę? Mówię? Widzę? (tryptyk)
|
1991, olej na płótnie
|
Rempex, 27.01.2010
|
60.000
|
| 21
|
Jacek Yerka
|
Cztery pory roku
|
2004-2005, akryl na płótnie
|
Rempex, 27.01.2010
|
60.000
|
źródło: opracowanie własne







Gdy kasa jest bogiem
Skąd przychodzimy? Z czarnej dziury komunizmu, gdzie jedynym jasnym punktem była elitarna kultura. Gdzie jesteśmy? W kraju-raju wolnego rynku i wolnego sumienia. Dokąd idziemy? Tam, gdzie złoto i błoto po równej cenie.
Rekiny cynizmu w akcji
W poprzednim systemie, w narzuconym ustroju, każdy artysta chciał być bohaterem kontrabandy i drugiego obiegu, co nie przeszkadzało mu korzystać z dobrodziejstw PRL-owskiej polityki kulturalnej (pracownie, stypendia, preferencyjne ceny na materiały, udział w wystawach, plenery, no i zainteresowanie mediów, recenzujących i nagłaśniających większość wydarzeń za friko). Ale to nie kontentowało. Być niezależnym jak arabski szejk; gdy przyjdzie wola i ochota, roztoczyć przed chłonnym i pojętnym widzem pawi ogon talentu; mieć za to kasy po pachy; marszanda, który co dzień napędza kolejkę nabywców i sekretarza, który ją przepędza - tak artyści w PRL wyobrażali sobie byt, który stanie się ich udziałem wraz z nadejściem kapitalizmu oraz demokracji.
I oto, pewnego dnia, marzenia i postulaty zaczęły przybierać materialną postać. Komunizm spektakularnie padł i wszystko zaczęło podlegać prawom rynku. A choć w sztuce rewolucja ekonomiczna dokonywała się wolniej, niż np. w dziale gospodarki mieszkaniowej, w pewnym momencie stało się jasne: dwie siły decydują o ekonomicznym położeniu artystów; te same dwie siły powodują wyniesienie jednych i odrzucenie drugich. Pierwsza z potęg to interes finansowy macherów od rynku sztuki i mediów. Jak da się na kimś zarobić, to on nasz, dawać go tu, promować, inwestować. Doskonałym przykładem tak pojętej "gospodarki wielokrotnego zysku" i traktowania pracy twórczej jak każdego innego konsumpcyjnego produktu jest Abbey House. Funkcjonuje już ponad rok. Dziwotwór, grający w jawnie naciągany sposób, nie mający nic wspólnego z tradycyjnymi metodami forowania wybranych talentów. Cynizm, z jakim założyciele AH weszli do gry, zaskoczył w Polsce wszystkich i jak do tej pory nikt nie potrafi dać temu odporu. Druga moc sprawcza to gust klienteli, który dyktuje popyt na pewne nazwiska (patrz wystawa w Art NEW media). Szczęśliwie, smak ambitnych i zamożnych, którzy pojęli, że prestiż własny bądź firmy buduje się także za pośrednictwem otoczenia, w tym zaś niebagatelną rolę odgrywają nie tylko marmury i stylowe meble, także dzieła sztuki.
Faworyci i rezerwowi
Czy dzięki temu twórcy dotarli do ziemi obiecanej? Skąd, ich frustracja przybrała - en masse, pomijając pojedyncze przypadki - na sile. Bo w oczy ich kłuje wzorzec z Sevres zwany Sasnal-Bałka-Uklański. Trójka, która dotarła na światowy szczyt zarobków i prestiżu uprawiając twórczość ambitną i oryginalną. Niemal łeb w łeb za nimi podąża zespół Kozyra-Żmijewski-Althamer. Poza konkurencją (z racji urodzenia i zamieszkania) był Roman Opałka. Do najwyższych wyżyn zbliżało się trio dam: Sosnowska-Ołowska-Kulik, ale już trochę zostają w tyle. Za nimi gromadka rezerwowych: Maciejowski, Bąkowski, Ziółkowski, Molska, Libera, Rogalski, Zamojski. Jest jeszcze kombo międzynarodowych idoli artystycznego rynku z innego rozdania, panowie Mitoraj, Majewski (Lech, filmowiec), Olbiński. Nie chce mi się analizować dominującego w III RP smaku ani poziomu wiedzy "w temacie" kultury. Pomimo otwarcia granic i dostępności do skarbów kultury społeczeństwo bardziej chamieje, niż subtelnieje. Nie ma parcia na sztukę, a jeśli, to na sztukę rozrywkową, popową, bardziej zręcznościową niż wymagającą myślącej wrażliwości. Jaka jest w galeriach frekwencja, widać gołym okiem. Natomiast żeby wiedzieć, co dzieje się wewnątrz środowiska kiedyś zwanego plastycznym, trzeba zapuścić sondę. Oraz przyjrzeć się jego najbliższej otoczce, niegdyś zwanej krytyką artystyczną. I krzyżującej się z kręgiem galerzystów, dilerów, kuratorów. Otóż artyści sprzedają prace wyciągnięte spod tapczanu, jak drzewiej bywało, z galerii, urządzanych tam ekspozycji i trudu marszandów korzystając jak z dodatkowej strony internetowej. O lojalności zapomnieli, chodzi tylko o zysk. Z drugiej strony, co sprytniejsi galerzyści uzależnili od siebie "stajnię", motając system naczyń połączonych - połączonych z mediami, galeriami zagranicznymi, pokazami w co lepszych centrach.
Bez ryzyka, z błogosławieństwem kasy
Mam wrażenie, że wszystkie te współzależne grupy zaraził massmedialny bakcyl celebrytyzmu, splendoru, poklasku. Już nie sztuka się liczy, nie osobista satysfakcja, nie ciche, choć doniosłe osiągnięcia, nie autorytet wśród koneserów. Teraz ważny jest odbiorca nieelitarny, niewybredny, za to z pokaźnym kontem. Paradoks, jaki nie śnił się antykomunistycznym idealistom: czerwony upadł i dopiero teraz zaczęły się rządy ludu. Żądnego konsumpcyjnych dóbr i nie przebierającego w środkach. Prawdziwa, prężna chamokracja. Dobra, niech się nachapią, następne pokolenie zacznie mierzyć wyżej - mówili stoicy i optymiści. Nic z tego. Minęło ponad dwadzieścia lat, a potrzeb wyższych jak nie było widać, tak nadal ich nie uświadczysz. Za to artyści zmienili się, i to bardzo. Coraz mniej jest ryzykantów, gotowych przymierać głodem, nawet krwi sobie utoczyć, aby tylko stworzyć Dzieło. Coraz więc takich, którzy zaczynają od polowania na sponsora - i dopiero, gdy wyduszą apanaże, przystępują do pracy. Bo nadal funkcjonuje system stypendialny, wciąż gdzieś biją źródełka papierów wartościowych, zarówno w oficjalnych, budżetowych instytucjach, jak w samorządach i sektorze prywatnym. Wystarczy sprytnie pograć, połechtać tego i owego ambicjonalnie, a może Kana się uaktywni.
Czytałam niedawno wywiad ze Zbigniewem Liberą ("Notes" nr 71, październik/listopad 2011), który bez skrupułów wyjawia, że nie zrealizował tegorocznych artystycznych planów z braku laku (czyli kasy). "Swoich pieniędzy nie mogę niestety inwestować w sztukę, bo już tak robiłem i skończyło się to dla mnie tragicznie". I kto to mówi?! Dawny buntownik, wywrotowiec, facet, który swą działalnością oraz postawą podważał dobre samopoczucie bardziej niż on spolegliwych kolegów po fachu. Gościu, któremu do dziś czapkują młodzi z racji jego zasług na rzecz walki z umysłową tandetą. Ale on teraz po drugiej stronie barykady, wśród gwiazd. Należy mu się. Podobnie należy się Wojtkowi Siudmakowi, żeby jego rodzinny Wieluń złożył się na kicz-pomnik jego projektu; Maciejowi Świeszewskiemu - żeby jego arcydzieło "Ostatnia Wieczerza" reprezentowało polski "intelektualny" katolicyzm w Brukseli (nie kłamię, ten mega-kicz był wystawiany w brukselskim Royal Museum of Art and History do 20 listopada br., o czym łaskawie donosi miesięcznik "Art & Business", też etyczno-artystyczne kuriozum); Igor Mitoraj - żeby sygnowany przezeń, monstrualny łeb zawalał krakowski rynek, itd., itp. Potrzebowskich co niemiara, więc liczy się siła perswazji oraz przemawiające do kieszeni "mecenasów" cv.
Konsekwencje romantycznej przygody
Artyści cisi i pokornego serca, choćby obdarzeni talentem na skalę Leonarda, mają do dyspozycji jedynie... szufladę. Z nadzieją, że za jakiś czas, pewnie pośmiertnie, zostaną odkryci. Czy wtedy skorzystają wdowy i potomstwo? Nie, kupony odetną Kolumbowie zapoznanej sztuki. Skoro o tym mowa - niedawno widziałam w Londynie monograficzny pokaz dorobku da Vinci z jego mediolańskiego okresu, kiedy Lodovico Sforza zatrudnił geniusza na swym dworze, gwarantując za to królewskie, comiesięczne wynagrodzenie. Zdolnych i dobrze opłacanych było w owym czasie niemało, by wymienić choćby Cranacha, Holbeina, Michała Anioła, Rafaela... Ale taki Lorenzo Lotto, pomimo że wybitny, nie załapał się na pieniężne źródełko, klepał biedę całe życie, aż na starość znalazł przytulisko w klasztorze.
Tu nastąpi dygresja historyczna. Jak kto wie, niech pominie. Warto jednak przypomnieć, że nic nowego pod słońcem. Przez wieki artyści nie mieli większych aspiracji od rzemieślników. Jedni peregrynowali za pracą, zleceniami, chlebem; inni okokoniali się w jednym miejscu, formowali cechy i legalizowali działalność w celu obrony swych interesów. Ci artyści-rzemieślnicy kontentowali się wynagrodzeniem w proporcji do swych zawodowych umiejętności oraz wzięcia. Jasne, że nie przystępowali do pracy bez zaliczki na materiały tudzież codzienne życie, bo po pierwsze - nie mieli po temu środków, po drugie - bez akonta nikt nie traktowałby zamówienia serio. Dopiero rozmiłowany w pięknie i człowieczej wielkości renesans wprowadził kategorię artysty darem boskim obdarzonego, stojącego wysoko ponad rękodzielnikiem, lecz wciąż zależnego od hojności mecenasa-zleceniodawcy. No, ale w tamtej dobie twórców było mniej, a wykształconych estetycznie klientów - więcej. Proporcjonalnie. Ten stan rzeczy trwał kolejne stulecia, aż do Rewolucji Francuskiej, Napoleona i (tu świadomie upraszczam) - wybuchu romantyzmu. Tak - dopiero niecałe dwieście lat temu bojowo nastawieni chłopcy walczący o rząd dusz, o prymat uczucia nad pieniądzem, o wyzwolenie spod jarzma mieszczańskiej tępoty ukuli mit artysty-demiurga, istoty bogopodobnej, a nie bogobojnej. Twórczość to był akt całopalenia, bez ograniczeń konwencjami i gustem nabywcy. I zaczęło się źle dziać, gruźlica i syfilis zbierały żniwo, w piwnicznych izbach marło nieślubne potomstwo wielkich miłosnych porywów. Ale ładne to było, w peleryny i szapoklaki okutane, z alkoholicznym ogniem w oku. I takie do legendy przeszło, cygańskie, wolnościowe, zbójnickie, hej! Ta bajka dobrze sprzedawała się za czasów PRL-u. Gdzieś tam zimna wojna, loty w kosmos, sztuczne tworzywa i sztuczny miś na Kalatówkach, a bohema - także polska, PRL-owska - jak za Baudelaire'a, za Modiglianiego, za École de Paris szła na bal. Bo ten bal nie wymagał kreacji od Diora, tylko ułańskiej fantazji i odpornego na gradusy organizmu. Robienie systemu w bambuko uchodziło za zjawisko moralnie godne, nawet zaprawione bohaterstwem. Oficjalnie sprzedawano prace za pośrednictwem Desy, jedynego organizmu uprawnionego do handlu sztuką z zagranicą. Nieoficjalnie - wymiana odbywała się w pracowniach. Ja ci obraz, ty mi one hundred dollars, ok? Jednocześnie artystyczna brać śniła o zachodnim systemie wolnorynkowym. Aż wyśniła.
Komu dzisiejsza sytuacja na artystycznej scenie nie podoba się, droga wolna. Jest tyle innych pokrewnych form aktywności - kreatywni w reklamie, piękni w tańcu na lodzie, silni w gębie i piórze (a sieć stoi otworem), gibcy w autolansie. Że brak temu powagi, misyjności czy innych, archaicznych walorów przypisywanych sztuce i artystycznej krytyce (bo to też twórczość, i to cholernie trudna)? Do diabła z tym, głupcze! Raz się żyje. Po nas choćby potop.
Monika Małkowska

